Beżowe ściany zamykały w swoim
wnętrzu dobre sto osób. Powiodłam szybko wzrokiem po mężczyznach, którzy stali
przy długich stołach, niemal uginających się pod ciężarem półmisków z jedzeniem
z najlepszych i bez wątpienia najdroższych restauracji z centrum Seulu. Żaden z
nich nie przyciągnął mojej uwagi; obrączki na ich palcach świadczyły o tym, że
są żonaci, a konwersujące z nimi młode panny gotowe były urwać mi głowę, gdy
tylko zbliżę się do ich zdobyczy. Wolałam nie ryzykować i trzymałam się jak
najdalej centrum uwagi, zadowalając się jedynie uważną obserwacją gości.
Musiałam tu wyglądać na zdesperowaną: sama, wśród ludzi zebranych w grupy albo
pary, dyskutujących ze sobą o polityce i podróżach.
To otoczenie zdecydowanie mnie
męczyło. Nie byłam przyzwyczajona ani do takich dużych pomieszczeń, ani do
ścisku ciał, który w nich panował. Najbardziej ironiczne było to, że w tej sali
spokojnie wystarczyłoby dla wszystkich miejsca, ale ludzie celowo się do siebie
zbliżali, jakby łaknęli tego kontaktu ze wszystkich sił. Ścisk przyprawiał mnie
o zawroty głowy, a zmęczenie i obowiązek czuwania wcale nie pomagały. Mój
własny rozsądek wrzeszczał i ostrzegał, a moje zmysły protestowały zawzięcie.
Drżałam i odsuwałam się od tych, którzy starali się i mnie wciągnąć wśród nich.
Wycofałam się na bok, starając
się przeanalizować sytuację i lepiej się z nią zapoznać, a także uspokoić mocno
dudniące w piersi serce. Nie podobało mi się to wszystko. Wezwanie, zrzucenie
na nas roboty, pościg.
Uśmiechnęłam się fałszywie, gdy
podszedł do mnie nieco starszy mężczyzna, kłaniając się grzecznie. Zadawał
pytania, chcąc nawiązać konwersację, a Ja wiedziałam, że nie moge jeszcze od
niego uciec. Nie dostaliśmy sygnału, a gdybym spławiała każdego i ciągle
rozglądała się wokół, wzbudziłabym podejrzenia. Kto wie, czy już tego nie
zrobiłam: wiele ludzi tutaj się znało, a ja byłam nową twarzą w towarzystwie.
Miałam wielką ochotę przeprosić i odejść, jednak mogłam tym absolutnie
zrujnować całą akcję.
Pomiędzy gośćmi co chwila
przechadzali się ubrani na czarno i biało kelnerzy, proponując elegancko
ubranym kobietom kieliszki czerwonego wina. Niezupełnie tak wyobrażałam sobie
bankiet wydany z okazji czyjegoś ślubu. Co tu ukrywać: bankiety tego typu
służyły głównie młodym ludziom o nieprzeciętnej urodzie. Przynajmniej jedna
czwarta obecnych tu osób przybyło nie po to, by pogratulować przyszłym
małżonkom, lecz samemu zapewnić sobie ślub za najdalej dwa lata, lub
przynajmniej spędzenie noc w towarzystwie cholernie bogatego partnera czy też
partnerki. Były to zwyczajnie mówiąc łowy na zwierzynę. Im ładniejsze nogi
młodej dziewczyny, tym więcej mężczyzn się wokół niej kręciło. Wszyscy tutaj
oceniali na podstawie wyglądu.
Co zabawne, potencjalne ‘ofiary’
idealnie wiedziały, do czego dążą młodzi ludzie. Ale sami bawili się w ich grę,
by, chociaż na jedną noc, zapomnieć o problemach pierwszego świata, do których
należała ustawa o podwyższenie podatków dla zamożnych obywateli, czy też sprawa
rozwodowa i podział majątku zażądany przez dotychczasowego partnera życiowego.
Nowo przybyli goście kierowali
się najpierw do przyszłej młodej pary. Wręczano im albo koperty, których
zawartości nie pozna nikt poza narzeczonymi, albo podawali kelnerom pięknie
zapakowane prezenty, które odkładano na specjalnie zarezerwowany na to stół.
Oczywiście nie mogło się obyć bez dekoracyjnych toreb marki, od której dany
prezent pochodził. Dzięki temu wszyscy mogli się domyślić, że przyszła panna
młoda będzie dzisiaj dysponować sześcioma nowymi kompletami seksownej bielizny,
a pan młody dwoma zegarkami, które były warte przynajmniej dwadzieścia razy
moją miesięczną pensję.
Czekałam na cokolwiek, co
uwolniłoby mnie od mojego rozmówcy. Modliłam się o sygnał, o alarm, o nagły
grzmot albo nawet o szarańczę: cokolwiek, byle by nie spędzać ani chwili więcej
przy osobie, która zamiast patrzeć mi w oczy zerkała to na biust, to na nogi,
to na szyję. Zaciskałam zęby, wciąż uśmiechając się przyjaźnie. Odpowiedziałam
na jego pytanie bardzo okrężnie i sama zadałam mu kolejne, żeby nie musieć
skupiać się na tym, jaką odpowiedź mu udzielę. Musiałam cały czas uważać.
Negatywnym punktem misji w zamkniętych pomieszczeniach było to, że chwila mogła
decydować o tym, jak wszystko się potoczy. Nie było tu swobody ruchów,
wolności, możliwości strzelania. Były natomiast przebłyski klaustrofobii i
stres.
– Wszedł – rzucił wreszcie Sungoh
przez słuchawkę, a ja odetchnęłam mimowolnie głośno. Mężczyzna odpowiadający na
moje pytanie zerknął na mnie nieco podejrzliwie, a ja machnęłam dłonią
niedbale, czekając aż Fenying się pojawi. Nie musiałam czekać długo. Równo trzy
sekundy później, pomiędzy nami stanął Chińczyk w przebraniu kelnera. Taca,
którą trzymał w dłoni, została wepchnięta pomiędzy nasze torsy. Byłam mu
wdzięczna. Mój rozmówca stał za blisko mnie, a pojawienie się przeszkody
spowodowało, że został nieco odepchnięty do tyłu.
– Para młoda chce Panią widzieć –
oznajmił Fenying, a ja przytaknęłam, uśmiechając się jeszcze sztuczniej niż
poprzednio. Policzki bolały mnie od wysiłku. Niechciany towarzysz mruknął coś
tylko pod nosem, po czym odwrócił się i odszedł. Przewróciłam oczami i wzięłam
z tacy dwa kieliszki wina, po czym skierowałam się do młodej pary, cały czas
czuwając i dyskretnie szukając znanej mi ze zdjęć twarzy. Podszedłszy przed
nich, pokłoniłam się lekko, po czym z uśmiechem podałam jeden z kieliszków
młodej dziewczynie, która również obdarzyła mnie dowodem swych niesamowitych
zdolności aktorskich.
Han Yeojin odebrała naczynie z
moich rąk i uniosła je do ust. Żałowałam, że nie mogę wyciągnąć jej z bagna, w
jakie wpakowali ją jej rodzice. I szczerze współczułam jej, że trafiła do
takiego, a nie innego człowieka. O nienawiści, jakim darzyłam jej przyszłego
męża, mogłabym mówić godzinami, dniami lub wręcz latami. Był to najbardziej
arogancki człowiek, jaki chodził po tej planecie. Nie rozumiał pojęcia "takt"
i robił wszystko, by dojść do swoich celów. Nawet, jeśli należało do tego
przekupienie prokuratora, żeby ten wysłał zespół specjalny zajmujący się
morderstwami żeby złapać jednego człowieka. Jednego. Bez żadnych dowodów lub
podstaw.
–
Jaehee! – Ucieszył się Gyuman, a ja zamarłam na sekundę, nie odwracając
się jednak. Moja rola w tym teatrzyku zaczynała się właśnie teraz. Od tego
momentu musiałam udawać zagubioną i niewinną, starać się nie otwierać ust i po
prostu wyglądać. – Przyszedłeś.
– Przyszedłem – zgodził się ktoś
za moimi plecami. Przymknęłam oczy, starając się zapamiętać ten głos i osobę,
do której należał. – Gratulacje, stary.
Jad w jego głosie był ledwo
wyczuwalny. Ale jednak. Jak na kogoś, kto często przybierał identyczny ton,
bardzo łatwo potrafiłam odróżnić taki blef. Wrogość Kwon Jaehee była kolejnym
znakiem, że afera zapoczątkowana przez Gyumana to pic na wodę i fotomontaż. Nie
podobało mi się to. I nie wróżyło najlepiej.
Miałam wrażenie, że całe to
przyjęcie to przedstawienie teatralne, a publiczność zaraz wstanie i zacznie
klaskać, zachwalając autentyczność nas – jego bohaterów.
Byłam pewna, że to co teraz
robię, by mieć spokój i nie wypaść z zespołu, źle się skończy.
Reszta rozmowy Gyumana i Jaehee
do mnie nie doszła. Yeojin skupiła wzrok na czymś, co było za moim ramieniem i
kiwnęła ledwo zauważalnie głową, tym samym puszczając mi umówiony przez nas
sygnał. Fenying kręcił się więc w pobliżu, a Junyoung zajął swoje miejsce.
– Hayoung – rzucił ktoś, a ja
odwróciłam się w jego stronę. Gyuman wskazał mi mężczyznę, którego twarzy
zdążyłam się przyjrzeć wczoraj, na zdjęciach. Miał około metra osiemdziesiąt wzrostu. Dzięki znienawidzonym szpilkom, które miałam na nogach, mogłam spokojnie patrzeć mu w oczy, gdyż były na tym samym poziomie. – To
jest Jaehee, mój przyjaciel. A to Hayoung, będzie świadkiem na naszym ślubie.
Nie miałam nawet siły, by
marudzić, jak źle wykreowana jest moja przykrywka. To wszystko wydawało mi się
bezsensowne. W mojej głowie kłebiły się miliony myśli, z czego nawet jedna nie
dotyczyła miejsca, w którym się znajdowałam. Trudno mi było uwierzyć, że w
momencie zamykania trzech spraw, dowalono mi jeszcze robotę, którą mogła
wykonać stażystka.
Pokłoniłam się jednak grzecznie,
z lekkim uśmiechem, grając wyznaczoną mi rolę. Lee Hayoung, lat dwadzieścia
pięć, głupiutka i słodziutka, szukająca męża, by moc uciec od srogiej rodziny.
Po studiach filologii angielskiej i jednej z najlepszych szkół w Seulu.
A jednak przedstawienie dopiero
się zaczynało.
***
Przytakiwałam, udając
zainteresowaną tym, o czym mówił Gyuman. Co jakiś czas wybuchałam perlistym i
uroczym śmiechem. Przez cały czas uśmiechałam się delikatnie, zakładałam włosy
na ucho lub owijałam je wokół palca. Odmawiałam podawanych kieliszków, chociaż
szczerze miałam ochotę się napić. Ale praca zobowiązywała.
Już od ponad czterdziestu minut
siedzieliśmy we czwórkę przy stole. Nie odzywałam się za często. Znałam siebie
i byłam stuprocentowo pewna, że jeśli chociaż na chwilę otworze usta by wyrazić
swoje zdanie na jakiś temat, będzie to zupełnie kontrastować z rolą, jaką
grałam od samego początku, a co z tym idzie w parze, wzbudzić podejrzenia.
Robiłam to, co musiałam: po prostu siedziałam i wyglądałam.
Yeojin co jakiś czas dyskretnie
puszczała mi sygnały. To przeczesanie włosów, przygryzanie wargi, czy
uśmiechanie się pod nosem. Gdy wyrażała swoje zdanie na jakiś temat,
gestykulowała żywo, wskazując mi tym samym poszczególne pozycje czy to Fenyinga
czy Junyounga.
Cierpliwości. Jeszcze niedługo.
Drżałam z niepewności. Czułam na
sobie wzrok, a fakt, że Sungoh siedział przy wejściu i nie mógł sie ruszyć,
jeszcze bardziej wyprowadzał mnie z równowagi. Powoli zaczynało mi brakować
tlenu: pomieszczenie wydawało się duże, ale przez zamknięte okna i drzwi nie
wlatywało ani trochę powietrza. Zapachy stawały się coraz intensywniejsze, a od
waniliowego aromatu świec kręciło mi się w głowie.
Wstałam dyskretnie, starając się
nie przerywać dyskusji pozostałej trójki. Nie wytrzymałabym w tym miejscu ani
sekundy dłużej. Coraz bardziej chciałam się wycofać, polecić wszystkim, aby
weszli tutaj i aresztowali wszystkich ludzi w tym pomieszczeniu. Na każdego na
pewno się coś znajdzie.
– Idziesz gdzieś? – spytał
Gyuman, powodując, że uwaga skupiła się na mnie. – Jesteś blada.
– Za dużo tu ludzi – odparłam,
zgodnie z prawdą. – zakręciło mi się w głowie. Przejdę się na zewnątrz.
Ten w odpowiedzi kiwnął tylko
głową. Jaehee zerknął na mnie, a jego wzrok wydawał się wręcz pusty. Pokłoniłam
się i wycofałam powoli, kierując w stronę wyjścia.
Zwinnie lawirowałam pomiędzy
ludźmi. Niektórzy z nich stali po bokach, rozmawiając, inni tańczyli do wolnej
muzyki fortepianu, na którym grał młody absolwent akademii muzycznej i laureat
kilku konkursów. Nikt nie był jeszcze strasznie nietrzeźwy, co świadczyło o tym,
że bankiet jeszcze potrwa. Na moje nieszczęście.
Czyjś wzrok palił mnie w plecy.
Byłam przyzwyczajona do ciągłej obserwacji członków mojego zespołu, ale to było
coś innego. Dyskretnie zerknęłam na bok, gdzie dostrzegłam dwóch stojących w
kącie mężczyzn. Wzrok ani jednego nie był skierowany na mnie, jednak byłam
absolutnie pewna, że jeden ma mnie na oku.
Przekroczyłam próg sali i
rozejrzałam się, szukając Sungoha. Ten stał przy ścianie, opierając się o nią
plecami.
– Aż tak ci się nudzi? –
spytałam, rzucając w jego stronę wyniesionym z lokalu ciastkiem. Złapał je w
powietrzu i spojrzał na mnie zdziwiony.
– Pomyliłem cię z ładną kobietą –
odparł złośliwie, wkładając je sobie do ust. Prychnęłam tylko, mimowolnie
zakrywając nagie ramiona dłońmi. Było mi zimno jak cholera. Już w środku
drżałam, ale powietrze z zewnątrz było znacznie chłodniejsze.
– Śmierdzi mi to – mruknęłam,
wpatrując się w światła odległych wieżowców. Widok stąd zapierał dech w
piersiach Ale nie potrafiłam się nim zachwycać, podczas gdy coś takiego się
działo.
– Boją się – stwierdził, patrząc
na ochroniarzy przechodzących przed budynkiem, którzy zerkali na nas
nieufnie – To wszystko to groteskowa pantomima, mówię Ci. To się dobrze nie
skończy.
***
Po raz kolejny przekroczyłam
próg, ale tym razem moim oczom rzuciło się znacznie więcej tańczących par. W
pomieszczeniu słychać było głośniejszą niż przedtem muzykę, a wszyscy w
zachwycie przyglądali się tym na parkiecie. Szybko wróciłam do stolika, przy
którym poprzednio siedzieliśmy, odprowadzona sugestywnymi spojrzeniami
mężczyzn, którzy zdecydowali się nie tańczyć. Przy ścianie stał Jaehee, opierając
się o nią z dłońmi w kieszeniach. Obrzucił mnie wzrokiem i podbródkiem wskazał
na środek parkietu.
Gyuman i Yeojin bardzo się
wyróżniali. Nie chodziło już o ich stroje, lecz raczej o sposób tańca.
Poruszali się oboje z gracją. Ona sprawiała, że na jej tle wszystko bladło.
Ciemne włosy kontrastowały z bladą skórą, a biała suknia podkreślała atuty,
które były przywilejem jej wieku i bledły z czasem. On natomiast wyglądał
dostojnie: wysoki, dobrze zbudowany, według opinii publicznej szalenie przystojny.
Nie mogłam się na ten temat wypowiadać: charakter postaci powodował, że
niezależnie od tego jak wyglądał, dla mnie kojarzył się z larwą. Fałsz w
zachowaniu pary był tak trudny do uchwycenia, że niemal nikt nie był w stanie
go wyłapać.
– Cholernie dobrze grają –
stwierdził cicho Jaehee.
Mówiłam: niemal nikt.
Przytaknęłam tylko w odpowiedzi.
Nie wiedziałam, co dodać. Nie potrafiłam stwierdzić, czy na tym kończy się moja
rola, czy czeka mnie jeszcze dalsze granie. Byłam wymęczona.
– Chodźmy i my – stwierdził nieco
obojętnie, wystawiając dłoń w moim kierunku, gdy zaczęto grać zupełnie nowy
utwór, tempem przypominający klasyczny walc wiedeński i niemal wszystkie pary
ruszyły na parkiet. Ujęłam ją delikatnie, starając się jak najbardziej
zminimalizować kontakt pomiędzy nami. Sam ułatwiał mi sprawę, trzymając się
najdalej w skali tego, na ile pozwalało wymagane zbliżenie.
Poprowadził mnie na parkiet,
jednak w momencie, gdy mięliśmy zacząć, ktoś inny pociągnął mnie za rękę na
bok.
– Odbijamy – rzucił do Jaehee, kładąc
dłoń na mojej talii i ciągnąc mnie w tłum.
Spojrzałam na nieznajomego nieco
zirytowana. Jego uśmiech zniknął w tym samym czasie, co Jaehee, gdy znalazłam
się w otoczeniu tylu ludzi. Szarpnęłam się odruchowo, ale i mimowolnie,
spanikowana. Nie przez taki zwrot akcji, ale przez obcy dotyk.
– Sprytnie – oznajmił tylko,
przekręcając głowę na bok i patrząc na mnie ciekawie. – Ale daj sobie spokój,
to nie zadziała.
– O co ci chodzi? – Zmarszczyłam
lekko brwi, udając głupią i starając się wyrwać z uścisku. Ten wieczór coraz
bardziej mnie męczył i chciałam, by jak najszybciej dobiegł końca.
– Poczekaj chociaż do końca
piosenki – stwierdził rozbawiony, lekko ściskając moje palce. – Całkiem ładnie
wychodzi ci udawanie delikatnej dziewczynki.
– Czego chcesz? – Wysyczałam,
dając sobie spokój z grą aktorską. Wzrokiem przebiegałam po okolicznych twarz,
szukając jakiejś znajomej.
– Nie złapiesz go już – ostrzegł
zakręcając mną. Straciłam jego twarz z oczu na ułamek sekundy, a po wykonaniu
obrotu o trzysta sześćdziesiąt stopni, pociągnął mnie jeszcze bliżej siebie.
Korzystając z tego nachylił się do przodu, a ja przez chwilę czułam jego oddech
na szyi. Nie było to przyjemne uczucie – Nie mieszaj się w to, te sprawy muszą
się rozstrzygnąć pomiędzy nimi – szepnął mi prosto do ucha. Muzyka ustała.
Uścisk nagle zelżał. Nieznajomy
cofnął się o krok i pokłonił lekko. Uśmiechnął się lekko i nieco kpiąco, po
czym machnął dłonią i zniknął w tłumie ludzi, którzy wracali do stołów, by
napić się wina.
Od razu wepchnęłam się pomiędzy
nich, jednak straciłam orientację przez niesamowity ścisk. Długi czas zajęło mi
oswobodzenie się z ludzkiej pułapki.
– Szybciej – mruknęłam cicho pod
nosem, wzrokiem szukając jakiejkolwiek znajomej twarzy, jednak nikogo nie
zauważyłam.
Minęło dokładnie dziesięć sekund.
Do środka, przez wielkie, dwuskrzydłowe drzwi, z ogromnym hukiem wkroczyli
mężczyźni w garniturach i ci w mundurach wojskowych z karabinami.
Byłam już więcej niż tylko
zirytowana. Miałam po prostu ochotę już to skończyć. Czułam się nago bez broni,
którą zabrano mi przy wejściu. Wszystko szło nie tak jak powinno: siły weszły
tu, chociaż nie powinny były. Ale skoro już miało robić się zabawnie, to nie
miałam zamiaru się powstrzymywać.
Podeszłam do najbliższego z
wojskowych, który najpierw celował we mnie ze swojego karabinu. Prychnęłam
tylko, co, dopiero później sobie to uświadomiłam, mogło mnie kosztować kulkę w
łeb, gdyby trzymający broń się na to odważył. A niejednego było stać, tego
byłam pewna. Na moje szczęście, ten do nich nie należał.
Będąc tuż obok, skierowałam dłoń
do jego pasa i wyciągnęłam mniejszy pistolet, który miał tam przymocowany.
Patrzył się na mnie zaskoczony, kiedy przeładowałam go, skierowałam w stronę
żyrandola i strzeliłam dokładnie trzy razy.
Spadający obiekt, a potem głośny
huk, spowodowały, że w sali nagle zapadła cisza.
– Pod ściany! – krzyknęłam
donośnie, a zmuszona brakiem jakiejkolwiek reakcji, strzeliłam po raz czwarty.
Rozległy się kobiece piski zaskoczenia, a tłum gwałtownie przesunął się w
stronę ścian.
Nie ruszyłam się z miejsca, gdy w
moją stronę zmierzał dobrze już wzburzony Gyuman. Czekałam tylko, aż podejdzie
na tyle blisko, żebym mogła to uderzyć. W ostatniej chwili powstrzymałam ochotę
grzmotnięcia go, a zamiast tego załapałam go lewą ręką za kołnierz i gwałtownie
szarpnęłam nim w moją stronę.
– Gdzie on – warknęłam przez
zaciśnięte zęby, obiecując sobie, że jak to wszystko się skończy, wrócę tu żeby
go zlać.
– O czym ty gadasz? – Odpalił
zaskoczony, a ja przyłożyłam mu do skroni lufę pistoletu, który wciąż trzymałam
w drugiej dłoni – Hayoung, opanuj się!
– Którędy wyszedł – powtórzyłam
pytanie, przeładowując powoli broń, chociaż nie było to konieczne. Ale
wiedziałam, że dźwięk automatu wręcz przeraża ludzi, gdy jest tak blisko ich
uszu, nawet, jeśli nie boją się śmierci.
– Drugie drzwi po lewej, na
korytarzu tylnym – odparł szybko w odpowiedzi, a ja nie puściłam go od razu.
Wiedziałam, że tracę czas, ale nie mogłam przepuścić takiej okazji.
Uśmiechnęłam się pod nosem i wiedziałam, że musi to wyglądać makabrycznie.
– Dziękuję bardzo – wycedziłam
wolno, a jego przeszły dreszcze. Puściłam jego kołnierz i odwróciłam się, z
zamiarem przedarcia się do drzwi. Udało mi się to dopiero po jakimś czasie i z
ulgą stwierdziłam, że Fenying jakimś cudem znalazł się obok mnie. Drzwi, o
których mówił Gyuman były otwarte na oścież. Stali przy nich kolejni wojskowi,
ale widząc mnie zeszli na boki. Pokłoniłam się, starając się nie rozgniewać
ludzi, którym wystarczyłoby tylko podnieść lufę i nacisnąć spust.
Pomieszczenie było małe, a
naprzeciw wejścia były kolejne drzwi, tym razem zamknięte. Fenying przesunął
mnie na bok, z zamiarem ich wyważenia. Zerknęłam na strażników.
– Idziecie z nami? – Spytałam
tylko, świadoma, że może się nam przydać nieco wsparcia. Miałam nadzieję na pozytywną
odpowiedź. Jeden z nich jednak pokręcił głową a drugi zabrał głos:
– Mamy rozkaz pilnować. Nie wolno
nam.
Przytaknęłam tylko głową i
odwróciłam się, bo w tym samym czasie zawiasy drzwi puściły, wydając z siebie
dość głośny dźwięk. Przed nami był kolejny korytarz, tym razem ciemny. Nie
czekając na zaproszenie, zanurzyłam się w nim jako pierwsza, przyspieszając
kroku. Byłam świadoma czasu, jaki straciliśmy i modliłam się, żeby zamieszanie,
które panowało w sali chociaż trochę opóźniło Jaehee.
***
Silnik limuzyny odpalał.
Dziękowałam wszystkim bóstwom, że nie straciliśmy jeszcze szans.
Zatrzymałam się i strzeliłam, stwierdzając,
że nie mam prawdopodobnie amunicji na dalsze bawienie się bronią. Pociągnęłam
spust po raz kolejny, co potwierdziło tylko moje obawy. Zachowałam go jednak w
ręce, świadoma, że będzie mi jeszcze potrzebny.
Nabój dosiągł opony. Nie miałam
czasu na celowanie, a mimo to jakimś cholernym trafem udało mi się to osiągnąć.
Podbiegłam do drzwi kierowcy i otworzyłam je gwałtownie, gotowa na atak. Jednak
patrzył na mnie zwykły szofer. Jego oczy były przepełnione strachem, zapewne po
usłyszeniu strzału i zobaczeniu, że wciąż trzymam oręż w dłoni. Wyciągnęłam go
z miejsca, podczas gdy szarpał się niemiłosiernie, po czym zdzieliłam to pistoletem
po skroni. Opór zniknął, a ja rzuciłam znokautowanego mężczyznę na ziemię.
– Nie dasz sobie spokoju, co?
Błyskawicznie odwróciłam się na
pięcie, a mój wzrok napotkał tego samego mężczyznę, przez którego uciekł mi
Jaehee. Ten natomiast siłował się zacięcie z Fenyingiem, po drugiej stronie
samochodu.
Zaatakowałam od razu, nie siląc
się nawet na odpowiedź. Przewidziałam już wcześniej, że zrobi unik, więc
korzystając z rozbiegu, wyskoczyłam w powietrze, lewą ręką łapiąc górną, a
prawą boczną krawędź otwartych drzwi samochodowych. Przez pół sekundy
utrzymywałam równowagę do góry nogami, opierając się o drzwi, po czym cały
ciężar ciała przerzuciłam na nogi, które, dotąd nad głową, opadły nagle w
stronę ziemi, a chwilę później zmieniły tor, dosięgając jego pleców.
Nie spodziewał się tego.
Impet odrzucił go kilka kroków do
przodu, a ja opadłam na ziemię, dobrze już podirytowana. Lewa kostka wydała z
siebie nieciekawy dźwięk po zetknięciu się z podłożem. Manewr był szybki i
nieuważny, ale zanotowałam w pamięci, żeby później go wyćwiczyć, szczególnie,
że mój przeciwnik wyglądał na nieco zaskoczonego.
– Nie obraź się – mruknęłam,
dysząc cicho. Serce biło mi szybciej, jakby dostało nagłego kopa. Byłam
zadowolona z takiej akcji, jednak wciąż pamiętałam, że należy zachować
ostrożność. Nie wiedziałam, na co stać tego człowieka – ale nie należę do
takich, którzy uznają hierarchię poza swoim oddziałem.
Uśmiechnął się w odpowiedzi. A na
mnie to podziałało jak czerwona płachta na byka. Zdjął marynarkę i odrzucił ją
na bok, przechodząc nad ciałem leżącego kierowcy. Stałam spokojnie, czekając na
ruch z jego strony.
Najpierw próbował mnie zmylić,
zmuszając do wycofania się. Zamiast tego zaatakowałam na bok, broniąc się od
ewentualnych ciosów łokciami. Przez chwilę zachwiałam się, co było spowodowane
przez kostkę, która ucierpiała przy moim ostatnim manewrze.
Nie czekał aż odzyskam równowagę.
Błyskawicznie odpowiedział serią uderzeń, z czego jedno dosięgło mnie w bark.
Odskoczyłam do tyłu, trzymając się za bolące miejsce.
Serce biło mi szybko i gwałtownie
przez nagły skok adrenaliny. Mózg pracował na najwyższych obrotach, starając
się wymyślić jakieś wyjście z tej sytuacji.
Był ode mnie wyższy i silniejszy,
więc musiałam postawić na szybkość i zwinność, unikając bezpośrednich starć. Stał
w miejscu, tym razem wyczekując mojego ruchu.
Uniosłam dłonie do włosów i
związałam je szybko w niedbały koński ogon. Zerknęłam kątem oka na Fenyinga i
to, jak sobie radzi. Wyglądało na to, że nie potrzebuje pomocy, więc mogłam się
skupić na swoje walce.
– Nieźle, ale nieuważnie –
pouczył mnie nieznajomy, również nieco zdyszany. Postąpiłam krok do przodu,
patrząc mu prosto w oczy.
Podpuszczanie go nic by tu nie
dało. Tak więc klasyczną próbę odwrócenia jego uwagi mogłam sobie darować.
Prychnęłam pod nosem w
odpowiedzi, uśmiechając się kpiąco i starając się jak najlepiej ukazać to, jak
bardzo mam to aktualnie w poważaniu. Pierwsza zasada ulicznych walk brzmiała:
nigdy nie lekceważ swojego przeciwnika. Wykułam ją na pamięć i wiedziałam, co
mam robić. Ale musiałam mu pokazać, że go nie doceniam. On postawił na siłę, ja
na spryt.
Zaatakowałam do przodu, oczami
uciekając na bok i stosując najbardziej banalną zmyłkę, jaką znałam. Ktoś, kto
nigdy nie walczył z łatwością by się na nią nabrał. Ale nie on.
Przyjął natomiast pozycję, jakby
wyczekiwał ataku, który ktoś wykonałby zaraz po tym blefie.
Problem w tym, że to nie był
blef, a atak.
Doceniałam go. I wiedziałam, że
się na to nie złapie. Dlatego zamiast udać, że celuję w bok by później zaatakować
od frontu, okręciłam się wokół własnej osi, łokciami dosięgając jego żeber. Od razu po tym ponownie
odskoczyłam, by móc bronić się przed ewentualnym atakiem, co uratowało mnie
przed straceniem przytomności. Może i złapał się na moje małe oszustwo, ale czujności
nie stracił i prawie dosiągł mojej skroni.
– Nie trafiłeś – mruknęłam, nie
mogąc powstrzymać wrednej uwagi. Sytuacja się odwróciła. Teraz to ja się z nim
droczyłam.
– Nie trafiłem – przyznał z
krzywym uśmiechem, trzymając się za lewe żebro. Wyglądał, jakby całkiem dobrze
się bawił. To starcie coraz bardziej przypominało dziecięcą walkę o to, kto
dostanie ostatniego cukierka.
– Daejung, zbieramy... – Zaczął
Jaehee, po czym jego wzrok spoczął na mnie.
Cholera.
Nie cofnęłam się, gdy oboje
zbliżyli się do mnie. Mogłabym znaleźć się przyparta do ściany, a to
skończyłoby się dla mnie źle. Jakbym już nie była w beznadziejnej sytuacji.
Odetchnęłam głęboko, zanim oboje
rzucili się na mnie.
Kolejne sekundy spędziłam na
unikaniu szybkich ataków z obu stron. Nie miałam nawet czasu, by czymkolwiek
zripostować. Byli w idealnej synchronizacji, co znaczyło tyle, że znali się
długo. Zapewne nieraz razem walczyli i sobie ufali. To stawiało mnie na
straconej pozycji.
Broniłam się zaciekle tyle, ile
mogłam, co jakiś czas rzucając się na jednego i odsłaniając dla drugiego.
Powoli zaczynało brakować mi sił i miejsca. Traciłam orientację i nie
rozróżniałam ich. Nie wiem więc, który złapał mnie za ramiona i trzymał mnie za
nie mocno, ani którego kopnęłam wtedy obiema nogami w brzuch korzystając z
oparcia tego pierwszego. Fakt faktem, że chwilę później dostałam czymś ciężkim
w skroń.
Nie straciłam przytomności. Byłam
przez dłuższy czas oszołomiona, ale słyszałam, co się działo.
– Krwawisz.
– Złamała mi chyba nos. Zwiewajmy
już, i tak dużo czasu straciliśmy.
I kompletna cisza.
***
To zapewne Junyoung zaniósł mnie
do samochodu. Byłam niemal pewna, że to jego zapach wyczuwam. Uniosłam lekko
powieki, starając się cokolwiek dojrzeć, ale wymagało to zbyt wiele wysiłku. Po
kilku sekundach zostałam ułożona na siedzeniu samochodu. Słyszałam karetki,
syrenę policyjną, rozmowy prowadzone pomiędzy ludźmi, wrzaski. Jęknęłam, bo
moja kostka uderzyła o coś.
– Przepraszam – mruknął ktoś, a
ja mogłam teraz już potwierdzić, że był to Junyoung.
Odszedł chwilę później, a ja
westchnęłam. Po raz kolejny spróbowałam otworzyć oczy i tym razem mi się
powiodło.
– Zostawiłem cię samą – mruknął
cicho Sungoh, leżący na dwóch pozostałych siedzeniach. Podskoczyłam, nieco
zaskoczona, bo nie zauważyłam go wcześniej. - Przepraszam.
– Stłukłam jednemu nos, a
drugiemu uszkodziłam pewnie plecy i żebro – odparłam tylko, starając się go
jakoś pocieszyć.
– Chociaż tyle – stwierdził
cicho, uśmiechając się lekko. Zapadła cisza, a odgłosy na zewnątrz również
powoli się złagodziły.
Zaklęłam cicho pod nosem,
wściekła na siebie.
Często zdarzało się, że ktoś nam
uciekał. Ale jeszcze nigdy nie odczuwałam przez to takiej frustracji i
bezsilności, jak w tym momencie.
***
Zerknęłam przez szybę. Ostatni
radiowóz odjeżdżał sprzed budynku, a na parkingu zostały tylko trzy identyczne
samochody. W jednym z nich siedzieliśmy Sungoh i ja, a z drugiego wysiedli
dwoje mężczyźni. Zaklęłam cicho pod nosem, od razu rozpoznając ich twarze.
Fenying wskazał im nasz pojazd, trzymając się za krwawiący nos. Skrzywiłam się
mimowolnie, ale chwilę później przypomniałam sobie, że jeśli Jaehee złamał mu
nos, to parę minut później czekało go to samo, Ale wykonanie było moje, a na
samą tą myśl prychnęłam rozbawiona. Do trzeciego samochodu wsiadała natomiast Yeojin, prowadzona przez Junyounga. Ten dyskutował zawzięcie z osobnikiem, który był do mnie odwrócony plecami, ale byłam pewna, że to Gyuman.
Drzwi kierowcy i pasażera
otworzyły się, a do pojazdu wsiedli generał Yoo i Kim Seojin.
– Nieźle wyglądasz – rzucił do
mnie Seojin, a ja odpowiedziałam mu tylko uniesieniem środkowego palca.
Uśmiechnął się tylko, co zdołałam zauważyć w lusterku, po czym zerknął na
generała.
– Twój durny podwładny wysłał nas
tutaj bez żadnego powodu – powiedziałam w końcu, wzdychając. - ta cała akcja to
prowokacja w stronę Kwon Jaehee, a nie próba aresztowania. To ich sprawy, w
które ten idiota Gyuman nas wmieszał. Czy, biorąc pod uwagę fakt, że jest to
bezprawne, mogę go pozwać i zażądać takiej sumy pieniędzy żeby móc zrezygnować
z tej chujowej pracy?
– Kochasz tą pracę – odparł
Seojin, a ja przewróciłam oczami. – Mogłabyś. Ale po co, jeśli i tak dostaniesz
nad tą sprawą pełnomocnictwo i odszkodowanie ze względu na niezgodność z
prawem, a To wszystko obejdzie się dla Ciebie bez roboty papierowej i
rozpraw sądowych?
– Jesteś kochany – mruknęłam,
całkowicie szczerze.
Kim Seojin należał do małego
grona ludzi, których darzyłam prawdziwą sympatią. Pomijając już fakt, że był
prokuratorem naczelnym, ten człowiek był chyba zesłany z nieba.
– A co z Tobą? – spytał milczący
dotąd generał Yoo, a ja zgadłam, że zwraca się do Sungoha.
– Ci strażnicy się na mnie
rzucili, kiedy chciałem wbiec na salę – odparł tylko. – Pobiłem kilku. A potem
i mnie się oberwało.
– Krótko i malowniczo – podsumowałam.
– Czyli jeśli dobrze rozumiem,
wysłali tam was bez skontaktowania się z nami, bez prawa na uaktywnienie
jednostki specjalnej, pozbawili was jakiejkolwiek broni, rozdzielili, wchodzili
w drogę na każdym kroku i o mało co nie zabili?
– Tak mniej więcej.
– Jakim cudem wy jeszcze żyjecie?
Sungoh wyszczerzył się tylko w
odpowiedzi, a ja milczałam przez chwilę.
– Słyszałem, że rozwaliłaś
żyrandol i spowodowałaś, że zawaliła się część dachu – dodał Yoo, a ja
skrzywiłam się lekko. – I właśnie dlatego nie można zostawiać was samych.
– przynajmniej nie będziesz się
nudził – odparłam, wzruszając ramionami. On westchnął tylko pod nosem, ale po
chwili też się uśmiechnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz