(c) Renfri, przy pomocy: 1, 2

20150923

Zasoby nieludzkie // rozdział pierwszy



Beżowe ściany zamykały w swoim wnętrzu dobre sto osób. Powiodłam szybko wzrokiem po mężczyznach, którzy stali przy długich stołach, niemal uginających się pod ciężarem półmisków z jedzeniem z najlepszych i bez wątpienia najdroższych restauracji z centrum Seulu. Żaden z nich nie przyciągnął mojej uwagi; obrączki na ich palcach świadczyły o tym, że są żonaci, a konwersujące z nimi młode panny gotowe były urwać mi głowę, gdy tylko zbliżę się do ich zdobyczy. Wolałam nie ryzykować i trzymałam się jak najdalej centrum uwagi, zadowalając się jedynie uważną obserwacją gości. Musiałam tu wyglądać na zdesperowaną: sama, wśród ludzi zebranych w grupy albo pary, dyskutujących ze sobą o polityce i podróżach.

To otoczenie zdecydowanie mnie męczyło. Nie byłam przyzwyczajona ani do takich dużych pomieszczeń, ani do ścisku ciał, który w nich panował. Najbardziej ironiczne było to, że w tej sali spokojnie wystarczyłoby dla wszystkich miejsca, ale ludzie celowo się do siebie zbliżali, jakby łaknęli tego kontaktu ze wszystkich sił. Ścisk przyprawiał mnie o zawroty głowy, a zmęczenie i obowiązek czuwania wcale nie pomagały. Mój własny rozsądek wrzeszczał i ostrzegał, a moje zmysły protestowały zawzięcie. Drżałam i odsuwałam się od tych, którzy starali się i mnie wciągnąć wśród nich.

Wycofałam się na bok, starając się przeanalizować sytuację i lepiej się z nią zapoznać, a także uspokoić mocno dudniące w piersi serce. Nie podobało mi się to wszystko. Wezwanie, zrzucenie na nas roboty, pościg.

Uśmiechnęłam się fałszywie, gdy podszedł do mnie nieco starszy mężczyzna, kłaniając się grzecznie. Zadawał pytania, chcąc nawiązać konwersację, a Ja wiedziałam, że nie moge jeszcze od niego uciec. Nie dostaliśmy sygnału, a gdybym spławiała każdego i ciągle rozglądała się wokół, wzbudziłabym podejrzenia. Kto wie, czy już tego nie zrobiłam: wiele ludzi tutaj się znało, a ja byłam nową twarzą w towarzystwie. Miałam wielką ochotę przeprosić i odejść, jednak mogłam tym absolutnie zrujnować całą akcję.

Pomiędzy gośćmi co chwila przechadzali się ubrani na czarno i biało kelnerzy, proponując elegancko ubranym kobietom kieliszki czerwonego wina. Niezupełnie tak wyobrażałam sobie bankiet wydany z okazji czyjegoś ślubu. Co tu ukrywać: bankiety tego typu służyły głównie młodym ludziom o nieprzeciętnej urodzie. Przynajmniej jedna czwarta obecnych tu osób przybyło nie po to, by pogratulować przyszłym małżonkom, lecz samemu zapewnić sobie ślub za najdalej dwa lata, lub przynajmniej spędzenie noc w towarzystwie cholernie bogatego partnera czy też partnerki. Były to zwyczajnie mówiąc łowy na zwierzynę. Im ładniejsze nogi młodej dziewczyny, tym więcej mężczyzn się wokół niej kręciło. Wszyscy tutaj oceniali na podstawie wyglądu.

Co zabawne, potencjalne ‘ofiary’ idealnie wiedziały, do czego dążą młodzi ludzie. Ale sami bawili się w ich grę, by, chociaż na jedną noc, zapomnieć o problemach pierwszego świata, do których należała ustawa o podwyższenie podatków dla zamożnych obywateli, czy też sprawa rozwodowa i podział majątku zażądany przez dotychczasowego partnera życiowego.

Nowo przybyli goście kierowali się najpierw do przyszłej młodej pary. Wręczano im albo koperty, których zawartości nie pozna nikt poza narzeczonymi, albo podawali kelnerom pięknie zapakowane prezenty, które odkładano na specjalnie zarezerwowany na to stół. Oczywiście nie mogło się obyć bez dekoracyjnych toreb marki, od której dany prezent pochodził. Dzięki temu wszyscy mogli się domyślić, że przyszła panna młoda będzie dzisiaj dysponować sześcioma nowymi kompletami seksownej bielizny, a pan młody dwoma zegarkami, które były warte przynajmniej dwadzieścia razy moją miesięczną pensję.

Czekałam na cokolwiek, co uwolniłoby mnie od mojego rozmówcy. Modliłam się o sygnał, o alarm, o nagły grzmot albo nawet o szarańczę: cokolwiek, byle by nie spędzać ani chwili więcej przy osobie, która zamiast patrzeć mi w oczy zerkała to na biust, to na nogi, to na szyję. Zaciskałam zęby, wciąż uśmiechając się przyjaźnie. Odpowiedziałam na jego pytanie bardzo okrężnie i sama zadałam mu kolejne, żeby nie musieć skupiać się na tym, jaką odpowiedź mu udzielę. Musiałam cały czas uważać. Negatywnym punktem misji w zamkniętych pomieszczeniach było to, że chwila mogła decydować o tym, jak wszystko się potoczy. Nie było tu swobody ruchów, wolności, możliwości strzelania. Były natomiast przebłyski klaustrofobii i stres.

– Wszedł – rzucił wreszcie Sungoh przez słuchawkę, a ja odetchnęłam mimowolnie głośno. Mężczyzna odpowiadający na moje pytanie zerknął na mnie nieco podejrzliwie, a ja machnęłam dłonią niedbale, czekając aż Fenying się pojawi. Nie musiałam czekać długo. Równo trzy sekundy później, pomiędzy nami stanął Chińczyk w przebraniu kelnera. Taca, którą trzymał w dłoni, została wepchnięta pomiędzy nasze torsy. Byłam mu wdzięczna. Mój rozmówca stał za blisko mnie, a pojawienie się przeszkody spowodowało, że został nieco odepchnięty do tyłu.

– Para młoda chce Panią widzieć – oznajmił Fenying, a ja przytaknęłam, uśmiechając się jeszcze sztuczniej niż poprzednio. Policzki bolały mnie od wysiłku. Niechciany towarzysz mruknął coś tylko pod nosem, po czym odwrócił się i odszedł. Przewróciłam oczami i wzięłam z tacy dwa kieliszki wina, po czym skierowałam się do młodej pary, cały czas czuwając i dyskretnie szukając znanej mi ze zdjęć twarzy. Podszedłszy przed nich, pokłoniłam się lekko, po czym z uśmiechem podałam jeden z kieliszków młodej dziewczynie, która również obdarzyła mnie dowodem swych niesamowitych zdolności aktorskich.

Han Yeojin odebrała naczynie z moich rąk i uniosła je do ust. Żałowałam, że nie mogę wyciągnąć jej z bagna, w jakie wpakowali ją jej rodzice. I szczerze współczułam jej, że trafiła do takiego, a nie innego człowieka. O nienawiści, jakim darzyłam jej przyszłego męża, mogłabym mówić godzinami, dniami lub wręcz latami. Był to najbardziej arogancki człowiek, jaki chodził po tej planecie. Nie rozumiał pojęcia "takt" i robił wszystko, by dojść do swoich celów. Nawet, jeśli należało do tego przekupienie prokuratora, żeby ten wysłał zespół specjalny zajmujący się morderstwami żeby złapać jednego człowieka. Jednego. Bez żadnych dowodów lub podstaw.

  Jaehee! – Ucieszył się Gyuman, a ja zamarłam na sekundę, nie odwracając się jednak. Moja rola w tym teatrzyku zaczynała się właśnie teraz. Od tego momentu musiałam udawać zagubioną i niewinną, starać się nie otwierać ust i po prostu wyglądać. – Przyszedłeś.

– Przyszedłem – zgodził się ktoś za moimi plecami. Przymknęłam oczy, starając się zapamiętać ten głos i osobę, do której należał. – Gratulacje, stary.

Jad w jego głosie był ledwo wyczuwalny. Ale jednak. Jak na kogoś, kto często przybierał identyczny ton, bardzo łatwo potrafiłam odróżnić taki blef. Wrogość Kwon Jaehee była kolejnym znakiem, że afera zapoczątkowana przez Gyumana to pic na wodę i fotomontaż. Nie podobało mi się to. I nie wróżyło najlepiej.

Miałam wrażenie, że całe to przyjęcie to przedstawienie teatralne, a publiczność zaraz wstanie i zacznie klaskać, zachwalając autentyczność nas  jego bohaterów.

Byłam pewna, że to co teraz robię, by mieć spokój i nie wypaść z zespołu, źle się skończy.

Reszta rozmowy Gyumana i Jaehee do mnie nie doszła. Yeojin skupiła wzrok na czymś, co było za moim ramieniem i kiwnęła ledwo zauważalnie głową, tym samym puszczając mi umówiony przez nas sygnał. Fenying kręcił się więc w pobliżu, a Junyoung zajął swoje miejsce.

– Hayoung – rzucił ktoś, a ja odwróciłam się w jego stronę. Gyuman wskazał mi mężczyznę, którego twarzy zdążyłam się przyjrzeć wczoraj, na zdjęciach. Miał około metra osiemdziesiąt wzrostu. Dzięki znienawidzonym szpilkom, które miałam na nogach, mogłam spokojnie patrzeć mu w oczy, gdyż były na tym samym poziomie. – To jest Jaehee, mój przyjaciel. A to Hayoung, będzie świadkiem na naszym ślubie.

Nie miałam nawet siły, by marudzić, jak źle wykreowana jest moja przykrywka. To wszystko wydawało mi się bezsensowne. W mojej głowie kłebiły się miliony myśli, z czego nawet jedna nie dotyczyła miejsca, w którym się znajdowałam. Trudno mi było uwierzyć, że w momencie zamykania trzech spraw, dowalono mi jeszcze robotę, którą mogła wykonać stażystka.

Pokłoniłam się jednak grzecznie, z lekkim uśmiechem, grając wyznaczoną mi rolę. Lee Hayoung, lat dwadzieścia pięć, głupiutka i słodziutka, szukająca męża, by moc uciec od srogiej rodziny. Po studiach filologii angielskiej i jednej z najlepszych szkół w Seulu.

A jednak przedstawienie dopiero się zaczynało.


***

Przytakiwałam, udając zainteresowaną tym, o czym mówił Gyuman. Co jakiś czas wybuchałam perlistym i uroczym śmiechem. Przez cały czas uśmiechałam się delikatnie, zakładałam włosy na ucho lub owijałam je wokół palca. Odmawiałam podawanych kieliszków, chociaż szczerze miałam ochotę się napić. Ale praca zobowiązywała.

Już od ponad czterdziestu minut siedzieliśmy we czwórkę przy stole. Nie odzywałam się za często. Znałam siebie i byłam stuprocentowo pewna, że jeśli chociaż na chwilę otworze usta by wyrazić swoje zdanie na jakiś temat, będzie to zupełnie kontrastować z rolą, jaką grałam od samego początku, a co z tym idzie w parze, wzbudzić podejrzenia. Robiłam to, co musiałam: po prostu siedziałam i wyglądałam.

Yeojin co jakiś czas dyskretnie puszczała mi sygnały. To przeczesanie włosów, przygryzanie wargi, czy uśmiechanie się pod nosem. Gdy wyrażała swoje zdanie na jakiś temat, gestykulowała żywo, wskazując mi tym samym poszczególne pozycje czy to Fenyinga czy Junyounga.

Cierpliwości. Jeszcze niedługo.

Drżałam z niepewności. Czułam na sobie wzrok, a fakt, że Sungoh siedział przy wejściu i nie mógł sie ruszyć, jeszcze bardziej wyprowadzał mnie z równowagi. Powoli zaczynało mi brakować tlenu: pomieszczenie wydawało się duże, ale przez zamknięte okna i drzwi nie wlatywało ani trochę powietrza. Zapachy stawały się coraz intensywniejsze, a od waniliowego aromatu świec kręciło mi się w głowie.

Wstałam dyskretnie, starając się nie przerywać dyskusji pozostałej trójki. Nie wytrzymałabym w tym miejscu ani sekundy dłużej. Coraz bardziej chciałam się wycofać, polecić wszystkim, aby weszli tutaj i aresztowali wszystkich ludzi w tym pomieszczeniu. Na każdego na pewno się coś znajdzie.

– Idziesz gdzieś? – spytał Gyuman, powodując, że uwaga skupiła się na mnie. – Jesteś blada.

– Za dużo tu ludzi – odparłam, zgodnie z prawdą. – zakręciło mi się w głowie. Przejdę się na zewnątrz.

Ten w odpowiedzi kiwnął tylko głową. Jaehee zerknął na mnie, a jego wzrok wydawał się wręcz pusty. Pokłoniłam się i wycofałam powoli, kierując w stronę wyjścia.

Zwinnie lawirowałam pomiędzy ludźmi. Niektórzy z nich stali po bokach, rozmawiając, inni tańczyli do wolnej muzyki fortepianu, na którym grał młody absolwent akademii muzycznej i laureat kilku konkursów. Nikt nie był jeszcze strasznie nietrzeźwy, co świadczyło o tym, że bankiet jeszcze potrwa. Na moje nieszczęście.

Czyjś wzrok palił mnie w plecy. Byłam przyzwyczajona do ciągłej obserwacji członków mojego zespołu, ale to było coś innego. Dyskretnie zerknęłam na bok, gdzie dostrzegłam dwóch stojących w kącie mężczyzn. Wzrok ani jednego nie był skierowany na mnie, jednak byłam absolutnie pewna, że jeden ma mnie na oku.

Przekroczyłam próg sali i rozejrzałam się, szukając Sungoha. Ten stał przy ścianie, opierając się o nią plecami.

– Aż tak ci się nudzi? – spytałam, rzucając w jego stronę wyniesionym z lokalu ciastkiem. Złapał je w powietrzu i spojrzał na mnie zdziwiony.

– Pomyliłem cię z ładną kobietą – odparł złośliwie, wkładając je sobie do ust. Prychnęłam tylko, mimowolnie zakrywając nagie ramiona dłońmi. Było mi zimno jak cholera. Już w środku drżałam, ale powietrze z zewnątrz było znacznie chłodniejsze.

– Śmierdzi mi to – mruknęłam, wpatrując się w światła odległych wieżowców. Widok stąd zapierał dech w piersiach Ale nie potrafiłam się nim zachwycać, podczas gdy coś takiego się działo.

– Boją się – stwierdził, patrząc na ochroniarzy przechodzących przed budynkiem, którzy zerkali na nas nieufnie – To wszystko to groteskowa pantomima, mówię Ci. To się dobrze nie skończy.


***

Po raz kolejny przekroczyłam próg, ale tym razem moim oczom rzuciło się znacznie więcej tańczących par. W pomieszczeniu słychać było głośniejszą niż przedtem muzykę, a wszyscy w zachwycie przyglądali się tym na parkiecie. Szybko wróciłam do stolika, przy którym poprzednio siedzieliśmy, odprowadzona sugestywnymi spojrzeniami mężczyzn, którzy zdecydowali się nie tańczyć. Przy ścianie stał Jaehee, opierając się o nią z dłońmi w kieszeniach. Obrzucił mnie wzrokiem i podbródkiem wskazał na środek parkietu.

Gyuman i Yeojin bardzo się wyróżniali. Nie chodziło już o ich stroje, lecz raczej o sposób tańca. Poruszali się oboje z gracją. Ona sprawiała, że na jej tle wszystko bladło. Ciemne włosy kontrastowały z bladą skórą, a biała suknia podkreślała atuty, które były przywilejem jej wieku i bledły z czasem. On natomiast wyglądał dostojnie: wysoki, dobrze zbudowany, według opinii publicznej szalenie przystojny. Nie mogłam się na ten temat wypowiadać: charakter postaci powodował, że niezależnie od tego jak wyglądał, dla mnie kojarzył się z larwą. Fałsz w zachowaniu pary był tak trudny do uchwycenia, że niemal nikt nie był w stanie go wyłapać.

– Cholernie dobrze grają – stwierdził cicho Jaehee.

Mówiłam: niemal nikt.

Przytaknęłam tylko w odpowiedzi. Nie wiedziałam, co dodać. Nie potrafiłam stwierdzić, czy na tym kończy się moja rola, czy czeka mnie jeszcze dalsze granie. Byłam wymęczona.

– Chodźmy i my – stwierdził nieco obojętnie, wystawiając dłoń w moim kierunku, gdy zaczęto grać zupełnie nowy utwór, tempem przypominający klasyczny walc wiedeński i niemal wszystkie pary ruszyły na parkiet. Ujęłam ją delikatnie, starając się jak najbardziej zminimalizować kontakt pomiędzy nami. Sam ułatwiał mi sprawę, trzymając się najdalej w skali tego, na ile pozwalało wymagane zbliżenie.

Poprowadził mnie na parkiet, jednak w momencie, gdy mięliśmy zacząć, ktoś inny pociągnął mnie za rękę na bok.

– Odbijamy – rzucił do Jaehee, kładąc dłoń na mojej talii i ciągnąc mnie w tłum.

Spojrzałam na nieznajomego nieco zirytowana. Jego uśmiech zniknął w tym samym czasie, co Jaehee, gdy znalazłam się w otoczeniu tylu ludzi. Szarpnęłam się odruchowo, ale i mimowolnie, spanikowana. Nie przez taki zwrot akcji, ale przez obcy dotyk.

– Sprytnie – oznajmił tylko, przekręcając głowę na bok i patrząc na mnie ciekawie. – Ale daj sobie spokój, to nie zadziała.

– O co ci chodzi? – Zmarszczyłam lekko brwi, udając głupią i starając się wyrwać z uścisku. Ten wieczór coraz bardziej mnie męczył i chciałam, by jak najszybciej dobiegł końca.

– Poczekaj chociaż do końca piosenki – stwierdził rozbawiony, lekko ściskając moje palce. – Całkiem ładnie wychodzi ci udawanie delikatnej dziewczynki.

– Czego chcesz? – Wysyczałam, dając sobie spokój z grą aktorską. Wzrokiem przebiegałam po okolicznych twarz, szukając jakiejś znajomej.

– Nie złapiesz go już – ostrzegł zakręcając mną. Straciłam jego twarz z oczu na ułamek sekundy, a po wykonaniu obrotu o trzysta sześćdziesiąt stopni, pociągnął mnie jeszcze bliżej siebie. Korzystając z tego nachylił się do przodu, a ja przez chwilę czułam jego oddech na szyi. Nie było to przyjemne uczucie – Nie mieszaj się w to, te sprawy muszą się rozstrzygnąć pomiędzy nimi – szepnął mi prosto do ucha. Muzyka ustała.

Uścisk nagle zelżał. Nieznajomy cofnął się o krok i pokłonił lekko. Uśmiechnął się lekko i nieco kpiąco, po czym machnął dłonią i zniknął w tłumie ludzi, którzy wracali do stołów, by napić się wina.

Od razu wepchnęłam się pomiędzy nich, jednak straciłam orientację przez niesamowity ścisk. Długi czas zajęło mi oswobodzenie się z ludzkiej pułapki.

– Szybciej – mruknęłam cicho pod nosem, wzrokiem szukając jakiejkolwiek znajomej twarzy, jednak nikogo nie zauważyłam.

Minęło dokładnie dziesięć sekund. Do środka, przez wielkie, dwuskrzydłowe drzwi, z ogromnym hukiem wkroczyli mężczyźni w garniturach i ci w mundurach wojskowych z karabinami.

Byłam już więcej niż tylko zirytowana. Miałam po prostu ochotę już to skończyć. Czułam się nago bez broni, którą zabrano mi przy wejściu. Wszystko szło nie tak jak powinno: siły weszły tu, chociaż nie powinny były. Ale skoro już miało robić się zabawnie, to nie miałam zamiaru się powstrzymywać.

Podeszłam do najbliższego z wojskowych, który najpierw celował we mnie ze swojego karabinu. Prychnęłam tylko, co, dopiero później sobie to uświadomiłam, mogło mnie kosztować kulkę w łeb, gdyby trzymający broń się na to odważył. A niejednego było stać, tego byłam pewna. Na moje szczęście, ten do nich nie należał.

Będąc tuż obok, skierowałam dłoń do jego pasa i wyciągnęłam mniejszy pistolet, który miał tam przymocowany. Patrzył się na mnie zaskoczony, kiedy przeładowałam go, skierowałam w stronę żyrandola i strzeliłam dokładnie trzy razy.

Spadający obiekt, a potem głośny huk, spowodowały, że w sali nagle zapadła cisza.

– Pod ściany! – krzyknęłam donośnie, a zmuszona brakiem jakiejkolwiek reakcji, strzeliłam po raz czwarty. Rozległy się kobiece piski zaskoczenia, a tłum gwałtownie przesunął się w stronę ścian.

Nie ruszyłam się z miejsca, gdy w moją stronę zmierzał dobrze już wzburzony Gyuman. Czekałam tylko, aż podejdzie na tyle blisko, żebym mogła to uderzyć. W ostatniej chwili powstrzymałam ochotę grzmotnięcia go, a zamiast tego załapałam go lewą ręką za kołnierz i gwałtownie szarpnęłam nim w moją stronę.

– Gdzie on – warknęłam przez zaciśnięte zęby, obiecując sobie, że jak to wszystko się skończy, wrócę tu żeby go zlać.

– O czym ty gadasz? – Odpalił zaskoczony, a ja przyłożyłam mu do skroni lufę pistoletu, który wciąż trzymałam w drugiej dłoni – Hayoung, opanuj się!

– Którędy wyszedł – powtórzyłam pytanie, przeładowując powoli broń, chociaż nie było to konieczne. Ale wiedziałam, że dźwięk automatu wręcz przeraża ludzi, gdy jest tak blisko ich uszu, nawet, jeśli nie boją się śmierci.

– Drugie drzwi po lewej, na korytarzu tylnym – odparł szybko w odpowiedzi, a ja nie puściłam go od razu. Wiedziałam, że tracę czas, ale nie mogłam przepuścić takiej okazji. Uśmiechnęłam się pod nosem i wiedziałam, że musi to wyglądać makabrycznie.

– Dziękuję bardzo – wycedziłam wolno, a jego przeszły dreszcze. Puściłam jego kołnierz i odwróciłam się, z zamiarem przedarcia się do drzwi. Udało mi się to dopiero po jakimś czasie i z ulgą stwierdziłam, że Fenying jakimś cudem znalazł się obok mnie. Drzwi, o których mówił Gyuman były otwarte na oścież. Stali przy nich kolejni wojskowi, ale widząc mnie zeszli na boki. Pokłoniłam się, starając się nie rozgniewać ludzi, którym wystarczyłoby tylko podnieść lufę i nacisnąć spust.

Pomieszczenie było małe, a naprzeciw wejścia były kolejne drzwi, tym razem zamknięte. Fenying przesunął mnie na bok, z zamiarem ich wyważenia. Zerknęłam na strażników.

– Idziecie z nami? – Spytałam tylko, świadoma, że może się nam przydać nieco wsparcia. Miałam nadzieję na pozytywną odpowiedź. Jeden z nich jednak pokręcił głową a drugi zabrał głos:

– Mamy rozkaz pilnować. Nie wolno nam.

Przytaknęłam tylko głową i odwróciłam się, bo w tym samym czasie zawiasy drzwi puściły, wydając z siebie dość głośny dźwięk. Przed nami był kolejny korytarz, tym razem ciemny. Nie czekając na zaproszenie, zanurzyłam się w nim jako pierwsza, przyspieszając kroku. Byłam świadoma czasu, jaki straciliśmy i modliłam się, żeby zamieszanie, które panowało w sali chociaż trochę opóźniło Jaehee.


***

Silnik limuzyny odpalał. Dziękowałam wszystkim bóstwom, że nie straciliśmy jeszcze szans.

Zatrzymałam się i strzeliłam, stwierdzając, że nie mam prawdopodobnie amunicji na dalsze bawienie się bronią. Pociągnęłam spust po raz kolejny, co potwierdziło tylko moje obawy. Zachowałam go jednak w ręce, świadoma, że będzie mi jeszcze potrzebny.

Nabój dosiągł opony. Nie miałam czasu na celowanie, a mimo to jakimś cholernym trafem udało mi się to osiągnąć. Podbiegłam do drzwi kierowcy i otworzyłam je gwałtownie, gotowa na atak. Jednak patrzył na mnie zwykły szofer. Jego oczy były przepełnione strachem, zapewne po usłyszeniu strzału i zobaczeniu, że wciąż trzymam oręż w dłoni. Wyciągnęłam go z miejsca, podczas gdy szarpał się niemiłosiernie, po czym zdzieliłam to pistoletem po skroni. Opór zniknął, a ja rzuciłam znokautowanego mężczyznę na ziemię.

– Nie dasz sobie spokoju, co?

Błyskawicznie odwróciłam się na pięcie, a mój wzrok napotkał tego samego mężczyznę, przez którego uciekł mi Jaehee. Ten natomiast siłował się zacięcie z Fenyingiem, po drugiej stronie samochodu.

Zaatakowałam od razu, nie siląc się nawet na odpowiedź. Przewidziałam już wcześniej, że zrobi unik, więc korzystając z rozbiegu, wyskoczyłam w powietrze, lewą ręką łapiąc górną, a prawą boczną krawędź otwartych drzwi samochodowych. Przez pół sekundy utrzymywałam równowagę do góry nogami, opierając się o drzwi, po czym cały ciężar ciała przerzuciłam na nogi, które, dotąd nad głową, opadły nagle w stronę ziemi, a chwilę później zmieniły tor, dosięgając jego pleców.

Nie spodziewał się tego.

Impet odrzucił go kilka kroków do przodu, a ja opadłam na ziemię, dobrze już podirytowana. Lewa kostka wydała z siebie nieciekawy dźwięk po zetknięciu się z podłożem. Manewr był szybki i nieuważny, ale zanotowałam w pamięci, żeby później go wyćwiczyć, szczególnie, że mój przeciwnik wyglądał na nieco zaskoczonego.

– Nie obraź się – mruknęłam, dysząc cicho. Serce biło mi szybciej, jakby dostało nagłego kopa. Byłam zadowolona z takiej akcji, jednak wciąż pamiętałam, że należy zachować ostrożność. Nie wiedziałam, na co stać tego człowieka – ale nie należę do takich, którzy uznają hierarchię poza swoim oddziałem.

Uśmiechnął się w odpowiedzi. A na mnie to podziałało jak czerwona płachta na byka. Zdjął marynarkę i odrzucił ją na bok, przechodząc nad ciałem leżącego kierowcy. Stałam spokojnie, czekając na ruch z jego strony.

Najpierw próbował mnie zmylić, zmuszając do wycofania się. Zamiast tego zaatakowałam na bok, broniąc się od ewentualnych ciosów łokciami. Przez chwilę zachwiałam się, co było spowodowane przez kostkę, która ucierpiała przy moim ostatnim manewrze.

Nie czekał aż odzyskam równowagę. Błyskawicznie odpowiedział serią uderzeń, z czego jedno dosięgło mnie w bark. Odskoczyłam do tyłu, trzymając się za bolące miejsce.

Serce biło mi szybko i gwałtownie przez nagły skok adrenaliny. Mózg pracował na najwyższych obrotach, starając się wymyślić jakieś wyjście z tej sytuacji.

Był ode mnie wyższy i silniejszy, więc musiałam postawić na szybkość i zwinność, unikając bezpośrednich starć. Stał w miejscu, tym razem wyczekując mojego ruchu.

Uniosłam dłonie do włosów i związałam je szybko w niedbały koński ogon. Zerknęłam kątem oka na Fenyinga i to, jak sobie radzi. Wyglądało na to, że nie potrzebuje pomocy, więc mogłam się skupić na swoje walce.

– Nieźle, ale nieuważnie – pouczył mnie nieznajomy, również nieco zdyszany. Postąpiłam krok do przodu, patrząc mu prosto w oczy.

Podpuszczanie go nic by tu nie dało. Tak więc klasyczną próbę odwrócenia jego uwagi mogłam sobie darować.

Prychnęłam pod nosem w odpowiedzi, uśmiechając się kpiąco i starając się jak najlepiej ukazać to, jak bardzo mam to aktualnie w poważaniu. Pierwsza zasada ulicznych walk brzmiała: nigdy nie lekceważ swojego przeciwnika. Wykułam ją na pamięć i wiedziałam, co mam robić. Ale musiałam mu pokazać, że go nie doceniam. On postawił na siłę, ja na spryt.

Zaatakowałam do przodu, oczami uciekając na bok i stosując najbardziej banalną zmyłkę, jaką znałam. Ktoś, kto nigdy nie walczył z łatwością by się na nią nabrał. Ale nie on.

Przyjął natomiast pozycję, jakby wyczekiwał ataku, który ktoś wykonałby zaraz po tym blefie.

Problem w tym, że to nie był blef, a atak.

Doceniałam go. I wiedziałam, że się na to nie złapie. Dlatego zamiast udać, że celuję w bok by później zaatakować od frontu, okręciłam się wokół własnej osi, łokciami dosięgając jego żeber. Od razu po tym ponownie odskoczyłam, by móc bronić się przed ewentualnym atakiem, co uratowało mnie przed straceniem przytomności. Może i złapał się na moje małe oszustwo, ale czujności nie stracił i prawie dosiągł mojej skroni.

– Nie trafiłeś – mruknęłam, nie mogąc powstrzymać wrednej uwagi. Sytuacja się odwróciła. Teraz to ja się z nim droczyłam.

– Nie trafiłem – przyznał z krzywym uśmiechem, trzymając się za lewe żebro. Wyglądał, jakby całkiem dobrze się bawił. To starcie coraz bardziej przypominało dziecięcą walkę o to, kto dostanie ostatniego cukierka.

– Daejung, zbieramy... – Zaczął Jaehee, po czym jego wzrok spoczął na mnie.

Cholera.

Nie cofnęłam się, gdy oboje zbliżyli się do mnie. Mogłabym znaleźć się przyparta do ściany, a to skończyłoby się dla mnie źle. Jakbym już nie była w beznadziejnej sytuacji.

Odetchnęłam głęboko, zanim oboje rzucili się na mnie.

Kolejne sekundy spędziłam na unikaniu szybkich ataków z obu stron. Nie miałam nawet czasu, by czymkolwiek zripostować. Byli w idealnej synchronizacji, co znaczyło tyle, że znali się długo. Zapewne nieraz razem walczyli i sobie ufali. To stawiało mnie na straconej pozycji.

Broniłam się zaciekle tyle, ile mogłam, co jakiś czas rzucając się na jednego i odsłaniając dla drugiego. Powoli zaczynało brakować mi sił i miejsca. Traciłam orientację i nie rozróżniałam ich. Nie wiem więc, który złapał mnie za ramiona i trzymał mnie za nie mocno, ani którego kopnęłam wtedy obiema nogami w brzuch korzystając z oparcia tego pierwszego. Fakt faktem, że chwilę później dostałam czymś ciężkim w skroń.

Nie straciłam przytomności. Byłam przez dłuższy czas oszołomiona, ale słyszałam, co się działo.

– Krwawisz.

– Złamała mi chyba nos. Zwiewajmy już, i tak dużo czasu straciliśmy.

I kompletna cisza.


***

To zapewne Junyoung zaniósł mnie do samochodu. Byłam niemal pewna, że to jego zapach wyczuwam. Uniosłam lekko powieki, starając się cokolwiek dojrzeć, ale wymagało to zbyt wiele wysiłku. Po kilku sekundach zostałam ułożona na siedzeniu samochodu. Słyszałam karetki, syrenę policyjną, rozmowy prowadzone pomiędzy ludźmi, wrzaski. Jęknęłam, bo moja kostka uderzyła o coś.

– Przepraszam – mruknął ktoś, a ja mogłam teraz już potwierdzić, że był to Junyoung.

Odszedł chwilę później, a ja westchnęłam. Po raz kolejny spróbowałam otworzyć oczy i tym razem mi się powiodło.

– Zostawiłem cię samą – mruknął cicho Sungoh, leżący na dwóch pozostałych siedzeniach. Podskoczyłam, nieco zaskoczona, bo nie zauważyłam go wcześniej. - Przepraszam.

– Stłukłam jednemu nos, a drugiemu uszkodziłam pewnie plecy i żebro – odparłam tylko, starając się go jakoś pocieszyć.

– Chociaż tyle – stwierdził cicho, uśmiechając się lekko. Zapadła cisza, a odgłosy na zewnątrz również powoli się złagodziły.

Zaklęłam cicho pod nosem, wściekła na siebie.

Często zdarzało się, że ktoś nam uciekał. Ale jeszcze nigdy nie odczuwałam przez to takiej frustracji i bezsilności, jak w tym momencie.  


***

Zerknęłam przez szybę. Ostatni radiowóz odjeżdżał sprzed budynku, a na parkingu zostały tylko trzy identyczne samochody. W jednym z nich siedzieliśmy Sungoh i ja, a z drugiego wysiedli dwoje mężczyźni. Zaklęłam cicho pod nosem, od razu rozpoznając ich twarze. Fenying wskazał im nasz pojazd, trzymając się za krwawiący nos. Skrzywiłam się mimowolnie, ale chwilę później przypomniałam sobie, że jeśli Jaehee złamał mu nos, to parę minut później czekało go to samo, Ale wykonanie było moje, a na samą tą myśl prychnęłam rozbawiona. Do trzeciego samochodu wsiadała natomiast Yeojin, prowadzona przez Junyounga. Ten dyskutował zawzięcie z osobnikiem, który był do mnie odwrócony plecami, ale byłam pewna, że to Gyuman.

Drzwi kierowcy i pasażera otworzyły się, a do pojazdu wsiedli generał Yoo i Kim Seojin.

– Nieźle wyglądasz – rzucił do mnie Seojin, a ja odpowiedziałam mu tylko uniesieniem środkowego palca. Uśmiechnął się tylko, co zdołałam zauważyć w lusterku, po czym zerknął na generała.

– Twój durny podwładny wysłał nas tutaj bez żadnego powodu – powiedziałam w końcu, wzdychając. - ta cała akcja to prowokacja w stronę Kwon Jaehee, a nie próba aresztowania. To ich sprawy, w które ten idiota Gyuman nas wmieszał. Czy, biorąc pod uwagę fakt, że jest to bezprawne, mogę go pozwać i zażądać takiej sumy pieniędzy żeby móc zrezygnować z tej chujowej pracy?

– Kochasz tą pracę – odparł Seojin, a ja przewróciłam oczami. – Mogłabyś. Ale po co, jeśli i tak dostaniesz nad tą sprawą pełnomocnictwo i odszkodowanie ze względu na niezgodność z prawem, a To wszystko obejdzie się dla Ciebie bez roboty papierowej i rozpraw sądowych?

– Jesteś kochany – mruknęłam, całkowicie szczerze.

Kim Seojin należał do małego grona ludzi, których darzyłam prawdziwą sympatią. Pomijając już fakt, że był prokuratorem naczelnym, ten człowiek był chyba zesłany z nieba.

– A co z Tobą? – spytał milczący dotąd generał Yoo, a ja zgadłam, że zwraca się do Sungoha.

– Ci strażnicy się na mnie rzucili, kiedy chciałem wbiec na salę – odparł tylko. – Pobiłem kilku. A potem i mnie się oberwało.

– Krótko i malowniczo – podsumowałam.

            – Czyli jeśli dobrze rozumiem, wysłali tam was bez skontaktowania się z nami, bez prawa na uaktywnienie jednostki specjalnej, pozbawili was jakiejkolwiek broni, rozdzielili, wchodzili w drogę na każdym kroku i o mało co nie zabili?

– Tak mniej więcej.

– Jakim cudem wy jeszcze żyjecie?

Sungoh wyszczerzył się tylko w odpowiedzi, a ja milczałam przez chwilę.

– Słyszałem, że rozwaliłaś żyrandol i spowodowałaś, że zawaliła się część dachu – dodał Yoo, a ja skrzywiłam się lekko. – I właśnie dlatego nie można zostawiać was samych.

– przynajmniej nie będziesz się nudził – odparłam, wzruszając ramionami. On westchnął tylko pod nosem, ale po chwili też się uśmiechnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

obserwatorzy